Tuesday, 9 June 2009

day #9

Budzik zadzwonił o 7.30, co było bolesne, ale zdołałam ponownie zasnąć. Dream Team (G&G) udali się do parku, by nawzajem zachęcać się do aktywności fizycznej w postaci biegania. Kota o tak szatańskiej porze dnia nie było - trudno mu się dziwić.
Następnie Greg udał się do swojej "świątyni spotkań" (dir. from jap. 'kaisha' = work), G zatopił się w oglądaniu ostatnich odcinków pierwszego sezonu House'a, a ja twardo spałam dalej.

W kole południa zamknęliśmy podwoje mieszkania, wywlekliśmy na dwór rowery i ruszyliśmy na polowanie części i akcesoriów rowerowych. Odwiedziliśmy kilka sklepów - w każdym odsyłano nas do następnego, który jest tylko kawałek dalej - i z przykrością stwierdziliśmy, że nie stać nas na wypasioną japońską ramę do szosówki. Byle jaki rower do poruszania się po mieście można w Tokio dostać za grosze, ale za lans rowerowy trzeba słono zapłacić. Może kupimy sobie kolorowe łańcuchy albo coś...
W ramach polowania zapędziliśmy się pod stację Shibuya, gdzie od lat w charakterze pomnika czeka na swojego pana wierny Hachiko. To miejsce spotkań, coś jak "pod kolumną" w Warszawie. Nie bardzo wiem, jak się tam można odnaleźć, bo pomnik stoi naprzeciwko wyjścia z metra, które co chwila wypluwa z siebie setki ludzi. Może to taki japoński skill...

A tak wygląda kursujący pod pomnik Hachiko Bus:


Shibuya jest bardzo neonowo-betonowa, ale i tu znajdzie się miejsce na drzewko i zwierzątko. Zwierzątka są wielkości średnio wypasionego polskiego kota i mają dzioby wielkości i kształtu zakrzywionego palca dorosłej osoby. I gadają.


Rzeczy dostrzeżone po drodze:Na kolację pomknęliśmy do pobliskiej a serwującej jedzenie indyjskie i tajskie knajpy o wdzięcznej nazwie "Alibaba" (a-ri-ba-ba) i odkurzyliśmy dwie porcje całkiem dobrego curry. Dziwnie rozmawia się z kimś, kto wygląda jak rasowy Hindus, a po angielsku mówi jak typowy Japończyk - czyli ledwo. Zdumiewająco, coraz zdumiewajęcej.


Wieczorem zrobiłam sesję fotograficzną przedmiotom, które kupiliśmy w Tokyu Hands. Mamy boski termos, na który nie należy przypuszczać silnych ataków. Powstrzymamy się chyba...

6 comments:

  1. ile kosztuje "wypasiona japonska rama do szosowki" i czy jestescie nam w stanie jedna przywiezc? ;)

    ReplyDelete
  2. 10 razy tyle ile w Polsce
    a jesteście w stanie jedną kupić?

    ReplyDelete
  3. hmm, to zalezy, na ile szacujesz wartosc polskiej ramy do szosowki. ze 2000zł bym dala, maks. jesli perfekcyjna na wymiar, lekka, trwala i z hakiem do ostrego. przypuszczam, ze z transportem byloby jednak wiecej... no i jak se czlowiek nie popatrzy i nie wie, co kupuje, to kupa a nie kupowanie.

    ReplyDelete
  4. za 2000 to sobie tu możesz kierownicę kupić
    i może łańcuch
    ramy minimalnie za 4000

    ReplyDelete
  5. nie, czekaj, kręcę
    zdarzają się za 2, ale nie są to ramy wypasione
    jak nie masz zamiaru jeździć po Japonii i szpanować swoim ostrym kołem, to lepiej kup ramę w Polsce
    cały mój rower kosztował poniżej 2000 - ma całkiem fajną aluminiową ramę, podejrzewam, że w Twoim rozmiarze

    ReplyDelete
  6. ja szukam dla D, a on ma nozki krotkie i potrzebuje nizszj, niz ja. stad mysl, zeby japonia. kupil sobie jakas ciut duza, ale to nie omgsquee material. sekretnie knuje, zeby mu ja zabrac i kupic lepsza w zamian.

    ReplyDelete