Wednesday, 17 June 2009

day #17

Przed 10 rano do naszych drzwi zapukała Teal i porwała Grega do Aomori (tam się toczy proces). My tymczasem zapodaliśmy sobie do śniadania odpowiednią dawkę ulubionej używki telewizyjnej i strawiliśmy godziny okołopołudniowe na klikaniu.
O trzeciej zostawiłam G przed ekranem i poturlałam się na rowerze do biura GP, gdzie czekała mnie ochotnicza praca małpy biurowej czyli kserowanie, w czym miałam wspomagać bardzo miłą i lekko załamaną swoimi obowiązkami Amerykankę, Alison (a.k.a. Dirts). Po dwóch godzinach kompletowania wzorców i użerania się z kopiarkami leżały przed nami stosy kolorowych papierów upstrzonych mrówczą kamasutrą. Mam nadzieję, że się przydadzą (konferencja w piątek), bo inaczej będzie to potworna marnacja papieru (approved by GreenPeace!).

Kiedy wyszłam, okazało się, że cokolwiek pada. Wsiadłam na rower i pokręciłam się chwilę po okolicy gubiąc się tylko odrobinę, po czym wróciłam pod biuro i na wszelki wypadek zostałam już na miejscu. Chwilę później przyjechał G z parasolami i ruszyliśmy w miasto.
Jazda z otwartym parasolem w ręku nie jest wcale tak prosta, jak się przez parę pierwszych metrów wydaje, a przekonać się o tym można snadnie, jeśli kto spróbuje gwałtownie zahamować.Pokręciliśmy się trochę po ulicach, wpadliśmy na burgery do Freshness Burger, zrobiliśmy zakupy w Tesco Express (niczym się nie różniło od lokalnych sklepów oprócz tego, że miało własny parking) i ruszyliśmy w drogę powrotną kotwicząc przy każdym sklepie, w którym spodziewaliśmy się znaleźć masło orzechowe i dżem. Wpadliśmy jeszcze do kas czegoś w rodzaju PKSu i dowiedzieliśmy się, że autobusy na Fuji są potwornie drogie i jeżdżą bez sensu (nie sposób dojechać, wejść, zejść i wrócić tego samego dnia).

Wróciliśmy w deszczu, z koszami wypełnionymi grzechoczącymi klamotami, stęsknieni za trzecim Grzesiem (Housem).

No comments:

Post a Comment