Wednesday, 17 June 2009

day #18

Poranek zdominowany przez House'o-śniadanie zakończyliśmy spacerem do sklepu przez park. Odwiedziliśmy kotka pod pomnikiem. Coś go musiało pogryźć, bo miał rany na kocie i w ogóle wyglądał żałośnie. Musiał chyba oberwać od innego kota, bo miejscowe psy są wagi muszej i noszą fraczki i spodnie, a bezpańskich nie uświadczyliśmy.Wróciliśmy do apartamentu i zajęliśmy się klikaniem. O trzeciej znów pojechałam do GP: tym razem te tony kserówek trzeba było poupychać w odpowiednich konfiguracjach we własnoręcznie zmontowane teczki. po trzech godzinach małpowania uznałyśmy, że już dość. Jeśli coś jeszcze wypłynie do zrobienia, zrobi to już inny naczelny. Przed budynkiem zagadnął mnie jeden miejscowy, ale nie wiem, o co mu chodziło:
Wieczorem wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy wzdłuż jednej z nitek autostrady w mieście.Na początku było tłoczno; mijaliśmy knajpy wypełnione po brzegi bardzo głośnymi Japończykami i rozświetlone boczne uliczki. Wkrótce zrobiło się nieco luźniej i trochę ciemniej - wjechaliśmy do mniej industrialnej części Tokio.Minęliśmy parę cmentarzy, warsztat kamieniarski, kilka szkół wyższych i niższych, po czym autostrada wahnęła się lekko w prawo. Uznaliśmy, że to niezły moment na obranie azymutu zwrotnego, więc parę razy skręciliśmy w prawo. Najpierw znaleźliśmy naprawdę spory market i oczywiście sprawdziliśmy, co można w nim kupić; atrakcją tego przystanku okazał się owoc wg etykietki nazywający się "homerun" i alkohol z króliczkiem:Długo jechaliśmy przez coś w rodzaju miejskiej sypialni - uliczkami wijącymi się między osiedlami i domami jednorodzinnymi - wszystko wydawało się uśpione, ale może po prostu mieszkańcy jeszcze nie zdążyli wrócić z pracy/szkoły. W takiej okolicy znaleźliśmy bardzo ładną torii, za którą ciągnął się szpaler równie urokliwych latarni.
W pewnym momencie na horyzoncie zamajaczyła najwyższa czapa Hyatta, więc wiedzieliśmy już na pewno, że nie spędzimy nocy na poszukiwaniu drogi powrotnej. Znaleźliśmy zajezdnię pociągów metra - wyglądały trochę jak wyciągnięte na brzeg węgorze (szkoda, że się nie wiły jak one). Teraz już znowu mijaliśmy knajpy pełne ludzi, pachnące czymś smażonym, a niekiedy i słodkim. Na ostatnim odcinku trasy wjechaliśmy w totalne osiedla - drogi wijące się i rozwidlające na dziko, najczęściej mocno wygięte też w górę/dół. Gdybym miała robić zdjęcia wszystkim sierściuchom, które tam zobaczyłabym, nie starczyłoby baterii na flesze.
Jak w końcu wjechaliśmy na 10 piętro, dotarło do mnie, że boli mnie kolano, więc musieliśmy trochę kilometrów przejechać. W wyrysował mapkę na google maps (trasa na niebiesko, najlepiej na początku oddalić) i wyszło, że przejechaliśmy 16km. Tyle mniej więcej w niedzielę przejedziemy w jedną stronę - na młyńskie koło na Odaibę!

No comments:

Post a Comment