Dzień po wspinaczce ledwo ruszałam kończynami. Towarzystwo też nie wykazywało ochoty do dalszych podróży. Czas spędziliśmy na odpoczywaniu przed kolejnym (ostatnim tutaj) tygodniem. Poszliśmy na sushi do baru z taśmociągiem - mi się tam naprawdę podobało. Pod ręką wszelkie potrzebne naczynia, zielona herbata, ~wrzątek, imbir, "sztućce" i sushi na taśmie - świeże, robione na oczach przez pana stojącego w środku tego "atolu" (o wasabi trzeba się było odezwać, bo pan miał pod ręką taką zieloną górę, z której wydzielał porcje).
Wieczorem próbowaliśmy obejrzeć film przy pomocy rzutnika pożyczonego z GP, do której to operacji drużyna G&G skonstruowała specjalną podstawkę. Rzutnik odmówił współpracy i trzeba było podstawkę rozmontować. Film na ekranie laptopa nie był już taki fajny...
Chodziliśmy też po sklepach w poszukiwaniu różnych różności. Znaleźliśmy np. dżem Krakusa i Żubrówkę (co już mniej dziwi), oraz całą gamę alkoholi w butelkach litrażu imprezowego.
(ku-ra-ka-su bu-ra-kku-ka-ra-n-to)
Ponad to przyuważyłam na drzwiach jakiegoś podrzędnego sklepiku, że chociaż kochanych zwierzątek w torebkach i spodenkach wprowadzać nie można, to psy pracujące są welcome. Nic dodać, a już na pewno nic ująć.
Wieczorami, jak zwykle, królowały spacery. Było dużo kotów, sporo fajnych samochodów i jedna wielka ropucha. Ale ogromna była (zdjęcia nie oddają jej sprawiedliwości).


No comments:
Post a Comment