Monday, 8 June 2009

day #8

Miało być ładnie i ciepło (30C), więc postanowiliśmy we trójkę obejrzeć ogrody cesarskie. Rowerem 15-20 minut. Jechało się przyjemnie, dopóki nie trzeba było stanąć na światłach, bo wtedy robiło się nagle nieznośnie gorąco. Minęliśmy po drodze procesję z przenośnymi kapliczkami. Ludzie poubierani jak Star Wars geeks, złote domki na lektykach, takie tam. Kiedy dojechaliśmy, okazało się, że słoneczko trochę nam przygrzało: Greg przypalił sobie twarz, a ja prawe ramię. Nie wiem, jakim sposobem G wyszedł z tej masakry cało.


Ogrody cesarskie okazały się mało podniecające, szczególnie w pionowych i bezlitosnych promieniach okołopołudniowego słońca. Pojechaliśmy więc do parku Yoyogi, żeby choć na chwilę schować się w cieniu. Po drodze wypatrzyłam bystrym okiem lodziarnię Haagen Dazs i odmówiłam dalszej współpracy do czasu pochłonięcia porcji. Mmmm...


Niespiesznie przespacerowaliśmy się przez Yoyogi, chłonąc cień i oglądając lokalną faunę (Japończyków i Gaijinów), by po drugiej stronie parku pokontemplować tzw. Harajuku Girls, dopóki słońce nas stamtąd nie wymiotło. Zakupy w Harajuku - może innym razem.

Zamiast tego, po krótkiej wizycie w burger-barze, odwiedziliśmy sławny dom handlowy w Shinjuku (klimatyzowany! Harajuku nie miało szans) Tokyu Hands, gdzie na zakupy chodzą ponoć wszyscy Ikemen (piękne twarze). Ja tam nie wiem, ludzi było mrowie a mrowie i nie sposób ocenić, czy rzeczywiście wszyscy tacy piękni. Kupiliśmy różne różności i uznaliśmy, że na dziś dość. Wróciliśmy grzecznie do mieszkania i do późnej nocy wrapialiśmy się w ekrany komputerów.

I tak skończył sie dzień dziecka (weekend).



Więcej zdjęć u Grega: http://www.flickr.com/photos/grimplanet/

No comments:

Post a Comment