Tuesday, 9 June 2009

day #10

Dzień zaczął się od tego, że budzik nie zadzwonił. Greg nie miał już czasu na poranne bieganie i poszedł do pracy, natomiast my (po odpowiedniej dawce Housa) poszliśmy do parku rozchodzić moje buty.
O ludzkiej porze na tego pana można liczyć:Następnie G zagłębił się w czesluściach metra, jako że jechał na spotkanie z panią z uniwersytetu. Po drodze odnotował kilka rzeczy zajmujących, np. barierki odgradzające na peronach tłumy ludzi od torów:albo wagon tylko dla kobiet:

Obiad zjedliśmy u Alibaby. G nie pozwolił mi fotografować jedzenia, więc skradłam duszę tylko zastawie:


Wieczorem Greg z przerażeniem stwierdził, że nie ma mleka do płatków na śniadanie i pobiegł do sklepu. Wrócił z lodami, którymi zresztą zaraz się obżarliśmy.

No comments:

Post a Comment