Dzień zaczął się od tego, że budzik nie zadzwonił. Greg nie miał już czasu na poranne bieganie i poszedł do pracy, natomiast my (po odpowiedniej dawce Housa) poszliśmy do parku rozchodzić moje buty.
O ludzkiej porze na tego pana można liczyć:

Następnie G zagłębił się w czesluściach metra, jako że jechał na spotkanie z panią z uniwersytetu. Po drodze odnotował kilka rzeczy zajmujących, np. barierki odgradzające na peronach tłumy ludzi od torów:

albo wagon tylko dla kobiet:

Obiad zjedliśmy u Alibaby. G nie pozwolił mi fotografować jedzenia, więc skradłam duszę tylko zastawie:

Wieczorem Greg z przerażeniem stwierdził, że nie ma mleka do płatków na śniadanie i pobiegł do sklepu. Wrócił z lodami, którymi zresztą zaraz się obżarliśmy.
No comments:
Post a Comment