Greg miał wrócić koło trzeciej, więc postanowiliśmy do tego czasu pobuszować po sklepie za sto jenów - takim z żywnością a nie bibelotami. Sklep mieści się w pewnej odległości, więc wzięliśmy rowery, pokręciliśmy się trochę szukając właściwej drogi, ale dzięki wcześniejszemu rozpoznaniu na Google Maps Street View bez trudu rozpoznaliśmy szklany budynek z czerwonymi nogami i wiedzieliśmy, że jesteśmy w domu. W sklepie okazało się, że a) nie przyjmują kart płatniczych, b) nie mamy gotówki. Zostawiliśmy więc koszyk z towarem i ruszyliśmy na poszukiwanie źródła papierków i medalików. Zanim zorientowaliśmy się, że jednak mamy w kieszeni 900 jenów, zwiedziliśmy już pobliski bank oraz leżące parę przecznic dalej miejsce po innym banku, który wskazano nam jako właściwy w poprzednim banku uznanym za niewłaściwy. Duh..
Uszczuplone względem planu zakupy zapakowaliśmy na rowery i ruszyliśmy do domu handlowego Lumine 2 w poszukiwaniu ~kantoru. Na piątym piętrze Lumine Est zorientowaliśmy się, że jesteśmy w nie tej bajce, na piątym piętrze Lumine 2 dowiedzieliśmy się, że ~kantoru już nie ma, ale punkt wymiany znajduje się jedyne parę przecznic dalej. Na miejsce dotarliśmy w miarę bezboleśnie, w banku kazano nam zjechać windą w korytarze stacji metra, co wydawało się absurdalne, ale okazało się słuszne. Kiedy wychynęliśmy na powietrze oczom naszym objawił się rower -
dzisiejszy odcinek sponsoruje słowo "rower"
- i brak roweru. Ponieważ G nie znalazł swojego kluczyka w kieszeni, domyślił się, że zostawił go w kłódce. Lwią część popołudnia spędził na lokalnym komisariacie próbując przekazać panom nie władającym językami, że ukradziono mu rower przyjaciela jego przyjaciela. Dobrze, że nie musiał tłumaczyć, że adres, który im podaje jest nieaktualny.
Greg wrócił i zjedliśmy najnajnajlepszy (w mojej skrzywionej opinii) posiłek od przyjazdu tutaj. Rameeeeen! (Makaron: na zimno z sosem sojowym/na ciepło w rosole z tempurą)
Oglądamy nałogowo serial House M.D. W Tokio. Dobranoc.
No comments:
Post a Comment