Wszyscy pracują. Booooring. Intensywne są tylko wieczory, kiedy G kończy jęczeć nad klawiaturą, a Greg wraca z biura. W środę capnęliśmy rowery i przez dwie godziny jeździliśmy po okolicy - z małym przystankiem w jednej z lokalnych burgerowni (avocado cheeseburger rocks). Wieczorową porą przejechaliśmy przez dzielnicę uciech i czerwonych latarni - Kabuki-cho. Na każdym rogu stały klony: młodzi Japończycy ubrani w ślniące garnitury, z wymuskanymi fryzurami i paznokciami prosto z salonu starali się wyłapać z tłumu bogato wyglądające kobiety i zaciągnąć je do pobliskiego klubu. Myślałam, że to tzw "hosts" i że to część ich obowiązków zawodowych (dobry zawód?), ale Greg mówi, że oni tak z własnej woli, że to taki lokalny sport. Whatever.
Maruichimaruichi (0101) - podobno mają fajne ciuchy. Taki wielopiętrowy lolita-shop? Trzeba się będzie wybrać, zobaczyć. Na 9 piętrze jest kino, ale Terminator 4 na razie w zapowiedziach. Na razie grają jakieś amerykańskie bardzo śmieszne komedie i kolejne wcielenia małej Sadako.



;)
W czwartek po godzinach pojechaliśmy na GreenPeace'owe party pożegnalne dla niejakiego Mela. Po drodze zahaczyliśmy o pobliski sklep Hello Kitty - bardzo różowy, woniejący i słodki. Greg wytrzymał pięć minut (głównie zresztą dlatego, że był zajęty robieniem zdjęć), po czym uciekł na zewnątrz. Powałęsaliśmy się jeszcze trochę po okolicy, robiąc zdjęcia drapaczom chmur i przedstawicielom jakiejś lokalnej subkultury, którzy pod nimi ćwiczyli układy czegoś.
W budynku 'ad hoc' mieszka największe Hello Kitty w Japonii.


Greg pełzał po chodniku w poszukiwaniu idealnego ujęcia.
Miała być tradycyjna restauracja japońska z poduszkami i w ogóle jedzeniem w parterze, ale zrobiło się zamieszanie z rezerwacją i skończyliśmy w knajpie, która serwuje dania tradycyjne, ale hołduje nowoczesnym wzorcom - je się na stojąco. Nie było to wygodne, aczkolwiek miało swój urok. Pożegnaliśmy Mela (zaraz po zapoznaniu się z nim) i udaliśmy się do Alibaby po kolację - chłopcy stwierdzili, że na stojąco jeść się nie da, że są głodni, a w ogóle to butter chicken.
Po prawej wejście do knajpy stojącej. Było nas dużo, więc musieli nam przynieść dostawkę - kawał dechy położonej na kilku skrzynkach po piwie. Klimat.

Więcej zdjęć ponownie u Grega: http://www.flickr.com/photos/grimplanet/
Edit:
Zapomniałam dodać, że wczoraj wieczorem odbyliśmy videokonferencję z Kajetanem i tzw. Makakiem. Kocurra nie wiedziały za bardzo o co chodzi, ale nie przeszkodziło im to w byciu słodkimi. Dziękujemy, Zuziu!
W czwartek po godzinach pojechaliśmy na GreenPeace'owe party pożegnalne dla niejakiego Mela. Po drodze zahaczyliśmy o pobliski sklep Hello Kitty - bardzo różowy, woniejący i słodki. Greg wytrzymał pięć minut (głównie zresztą dlatego, że był zajęty robieniem zdjęć), po czym uciekł na zewnątrz. Powałęsaliśmy się jeszcze trochę po okolicy, robiąc zdjęcia drapaczom chmur i przedstawicielom jakiejś lokalnej subkultury, którzy pod nimi ćwiczyli układy czegoś.
Miała być tradycyjna restauracja japońska z poduszkami i w ogóle jedzeniem w parterze, ale zrobiło się zamieszanie z rezerwacją i skończyliśmy w knajpie, która serwuje dania tradycyjne, ale hołduje nowoczesnym wzorcom - je się na stojąco. Nie było to wygodne, aczkolwiek miało swój urok. Pożegnaliśmy Mela (zaraz po zapoznaniu się z nim) i udaliśmy się do Alibaby po kolację - chłopcy stwierdzili, że na stojąco jeść się nie da, że są głodni, a w ogóle to butter chicken.
Więcej zdjęć ponownie u Grega: http://www.flickr.com/photos/grimplanet/
Edit:
Zapomniałam dodać, że wczoraj wieczorem odbyliśmy videokonferencję z Kajetanem i tzw. Makakiem. Kocurra nie wiedziały za bardzo o co chodzi, ale nie przeszkodziło im to w byciu słodkimi. Dziękujemy, Zuziu!
No comments:
Post a Comment